Jesień w dwóch odsłonach

„Odpowiedz sobie na pytanie, kim jesteś, a dopiero potem zacznij się ubierać” – te słowa, parafrazowane na różne sposoby, zdają się stanowić pierwszy punkt na liście zasad samodzielnej stylizacji. Wiadomo, zasady są po to, by je łamać i nikt nam nie będzie mówić, co czujemy, ale ta idea ze wszystkich możliwych zawsze przemawiała do mnie najwyraźniej. Gdy byłam młodsza, zadawałam sobie pytanie, czy moja aktualna idolka by to włożyła. Wizualizowałam więc Alanis Morisette i Lauryn Hill w przymierzalni w Trollu, a następnie Carolyn Besette Kennedy we flagowym warszawskim salonie Simple. Dzięki tym wyobrażeniom mogłam poczuć się pewniej ze swoimi wyborami, bo wydawały się wówczas najbardziej uzasadnione i wirtualnie przyklepane przez osoby, którym w kwestii stylu ufałam bardziej niż sobie samej.

Bodaj ostatnią osobą, na której styl spoglądałam z bezkrytycznym zachwytem, była Alexa Chung kilkanaście lat temu. Na tym mogło się kończyć, bo jakkolwiek mocno nie pragnęłabym jej stylu przygarnąć, tak samo mocno moja sylwetka mu się wymykała, jako kompletne przeciwieństwo wspomnianej it-girl. Ona wysoka, ja niska. Ona z niedużym biustem, ja… no cóż, wtedy w drugiej połowie miseczkowego alfabetu. Ona z długimi chudymi nogami, ja z tym, co mi los przydzielił, bez tragedii, ale daleko do ziemi raczej nie mam. Praktycznie żadne patenty się nie sprawdzały, zostały granatowy sweter, bluzka z marynarskie paski balerinki i torebka w formie tornistra.

Im człowiek starszy, tym bardziej samodzielny, dziś już nie pytam o gust idolek, lecz o mój własny i błędów raczej nie popełniam. Acz wciąż nie wiem, czy styl, który lubię, da się konkretnie określić. Mimo najszczerszych chęci i wnikliwej lektury książki „Wear It Well” Allison Bornstein, autorki słynnej (przynajmniej na TikToku) metody trzech słów określających styl, wciąż tychże nie odnalazłam. Wiem, że to trzeba poczuć, by określenia te nie stanowiły ograniczenia, lecz pomagały w odrzuceniu różnorakich rozpraszaczy. Spoglądam sobie na przykład na poniższe dwie odsłony jesiennej kolekcji COS i, choć bardzo bym chciała być tą ultra minimalistyczną panią w gładkim koku i skórzanym płaszczu, orientuję się dość dobrze, że pozostanę w lekko wygniecionej błękitnej koszuli i kurtce roboczej z kieszeniami pełnymi psich smaczków. Własny styl nie może być przebraniem, nasz dyskomfort będzie widać z daleka. Nie chodzi o to, by rezygnować z wysokich obcasów czy usztywnionych ramion, lecz o to, by były one zgodne z nami. Tak jak wcześniej były zgodne z tymi, w które wpatrywałyśmy się jak w obrazek.

Czasem to może być przyjemny kompromis. Zamiast długiego charakternego lakierowanego płaszcza – lakierowana torebka. Zamiast rozłożystej czerwonej sukni – czerwone skarpetki. Czasem obcasy o połowę niższe niż w budzącej zachwyt sesji zdjęciowej. A czasem rzecz jeden do jednego, bo damy radę ją stylistycznie udźwignąć. Co istotne, swoboda wcale nie musi być tożsama z chaosem czy brakiem elegancji. Tak do tego podchodzę, dzielę się tym życiowym patentem z nieustającą radością.

Komfortowa jesień COS w odsłonie nr 1:

I odsłona nr 2, czyli kampania COS Atelier – coś odległego, acz intrygująco nęcącego:

Zdjęcia: materiały prasowe COS

Leave a Reply